
Do "Solidarności" Kisiel nie zapisał się. Dlaczego? - zapytają pewnie oskarżyciele. Niech osądzany sam odpowie: "jej robotniczy rodowód mnie trochę odstręcza. Od Solidarności zalatuje marksizmem, bo jej członkowie są wychowani na takim myśleniu". Jak to?!!! Zakrzyczą pewnie ci niezorientowani. Przecież to była opozycja! Co więc Kisiel wygaduje o "marksizmie"? Otóż dobrze wygaduje. Jak kiedyś sam kiedyś powiedział Jacek Kuroń i Adam Michnik nie ogłaszali wcale swojego programu gospodarczego (w sytuacji, w której kraj staczał się efektownie w przepaść), za to obydwaj "pocili się z podniecenia" słysząc słowo "klasa robotnicza". To nie była "Solidarność" o jakiej mógłby marzyć Kisiel. Ale jednak nie skończył z angażowaniem się tam, gdzie tylko jest możliwość. Przełom lat 1980/81 to dla niego moment wielu wyjazdów, odczytów i zaproszeń. Odwiedził Sztokholm kiedy Miłosz dostawał Nobla. Napisał artykuł dla "Der Spiegel". Zapraszano go do Paryża, Londynu, Rzymu a nawet Australii. Można by rzecz, że władza zajęła się "Solidarnością" a Kisiel korzystał z danego mu przez los czasu popuszczeniu cugli wobec niego. Stan wojenny zastał go w Australii. Informacje z kraju jeżyły włos na głowie. Pojawiła się plotka, że zginął Tadeusz Mazowiecki. Kisiel uwierzył i nawet wziął udział w mszy żałobnej ze jego duszę. Na początku 1982 r. wrócił do kraju.
Początkowo nie chciał pisać, twierdził iż dosyć ma już ciągłego pisania między wierszami. Dał się namówić po roku. Lecz wkrótce znowu podpadł, tym razem poważnie. Nie podobały mu się masowe manifestacje religijności. Wynikało to z pewnego rodzaju deizmu Kisiela. Wychodził on z założenia, że Bóg nie ingeruje w życie na Ziemi i wszelkie problemy trzeba rozwiązywać samemu. Kolejna bomba wybuchła, kiedy stworzył felieton pisząc w nim, że w pieśni "Boże coś Polskę" nie lubi "nadmiaru jęków i narodowej megalomanii". Rysował czarną wizję ojczystych dziejów twierdząc, że Bóg wcale specjalnie nie darzył Polski łaskami "przez tak liczne wieki", bo potęga kraju nad Wisłą to praktycznie tylko bardzo krótki okres. Tymi zdaniami wywołał całą lawinę listów pełnych oburzenia. Nie da się ukryć, że nawet teraz czytając takie słowa coś się w człowieku burzy. Nie każdy lubi jak się szarga świętości w jakie wierzy. U Kisiela było to na porządku dziennym. A że niestety zdarzało się często? No cóż, nie robił tego ze złośliwości. Po prostu tak myślał. Każdy się w życiu myli.
Często mówi się, że o klasie człowieka świadczą jego przeciwnicy. Kisielewski nie ma więc się specjalnie czym pochwalić. "Jeździli" po nim zarówno "Żołnierz Wolności" jak i Jerzy Urban. Czytelnicy poczytywali jednak to za honor. W mrocznych czasach PRL-u niektóre wartości były bowiem poodwracane. Im większy partyjny ideolog atakował, tym bardziej mogło się mieć pewność, że atakowany ma rację w tym co głosi. W tym wypadku dobitnie sprawdzała się teoria Kisiela, że komunistyczna Polska to kopalnia absurdu.
Żyjąc w takim Zoo był pesymistą. Twierdził, że w kraju, w którym żyje, jeszcze długo panować będzie absurd komunizmu. Tymczasem nagle po 1989 roku PRL się skończył - przynajmniej z nazwy. Skomentował to zdaniem: "myślałem, że umrę w Polsce sowieckiej, a tymczasem... ha, ha, ha!". Nagle zabrakło cenzury, z którą mistrz felietonu handryczył się tyle czasu. Lecz jak się okazało, wciąż nie był to ideał o jakim marzył. Uważał, że po latach niszczenia kraju socjalizmem jedynym wyjściem jest "antysocjalistyczna dyktatura" i polityka szoku. Oczywiście oznaczałoby to pożegnanie się z wszelkim demokratyzmem. Należało ograniczyć rolę parlamentu, sformułować brutalny program prywatyzacji i pozamykać deficytowe przedsiębiorstwa. Imponował mu zarówno Ludwig Ehard> jak i Augusto Pinochet. Jednak "Okrągły Stół" wziął górę. W artykule "Komu potrzebna jest Polska" z 1990 r. pisał, że obecny kształt kraju z granicami takimi jakie ma i układami jest najbardziej logiczny geopolitycznie. Zaznaczał, że "jesteśmy dzieckiem Jałty. Dzieckiem nieprawnym, nie chcianym, lecz z niechcianych dzieci wyrastają czasem wspaniali ludzie". Takie słowa również nie mogły się podobać. Namawiał przecież aby pogodzić się z Jałtą i próbować wyciągnąć kraj z katastrofy. Dlaczego? Dlatego, że Polska jest położona między Niemcami a Rosją i zawsze jest groźnie kiedy przywódcy tych krajów zaczynają się ze sobą dobrze rozumieć i pałać do siebie miłością. Żeby móc stanąć naprzeciw nowych wyzwań trzeba mieć dobrą, silną gospodarkę. Na to jednak w nowej rzeczywistości szans nie widział. Na dodatek "Tygodnik Powszechny" pokreślił mu kolejne artykuły, co Kisiela ubodło do żywego. Pisał do Turowicza: "Chcę bowiem chociaż raz w życiu wypowiadać się swobodnie, bez asysty cenzora, takiego czy innego". 25 marca 1990 rozstał się z pismem definitywnie. W pożegnalnym artykule napisał: "coraz też częściej postępki członków Redakcji budzą mój gorący sprzeciw [...] Nie wydaje mi się właściwe angażowanie się pisma w polityczną walkę grup o nieokreślonych programach, grup, które społeczeństwo uważa często za jakieś czysto personalne sitwy". Kisiel znów nie pasował do nowych czasów. Pewnie to zabrzmi komicznie, ale czy pamiętasz czytelniku klip wyborczy Piotra Ikonowicza ze słowami: "To nie tak miało być przyjaciele"? Kto wie, czy Kisiel nie podpisałby się pod takim sloganem (co nie znaczy, że pod programem)?
Niewątpliwie skłonność do głoszenia herezji była u Kisiela prawie chorobliwa. Kto inny mógł protestować przeciwko staraniom o natychmiastowe wyprowadzanie wojsk sowieckich z Polski, twierdząc, że likwiduje się tym samym poważny rynek zbytu dla marnej jakości polskich produktów. Wciąż marzył o finlandyzacji kraju wyznając szczerze aż do bólu, że "nasza polityka zagraniczna musi być zmodyfikowaną polityką komunistów, którzy rozumieli geopolityczne zagrożenia". Gdyby w Polsce lat 90-tych istniała Święta Inkwizycja to Kisiel niewątpliwie skończyłby na stosie i to niezwykle efektownym.
W wyborach prezydenckich AD 1990 zaskoczył wszystkich. Poparł Lecha Wałęsę, twierdząc, że nie tyle popiera jego co opowiada się przeciwko Tadeuszowi Mazowieckiemu. W Wałęsie chciał widzieć bowiem szansę na prawdziwego dyktatora. Marzył o zerwaniu z "klasą robotniczą" i związkami i zabraniu się za prawdziwe zmiany. Mazowiecki tego nie gwarantował. Wałęsie uwierzył. Po pół roku prezydentury nie wytrzymał i w artykule "Mój powrót wariacki" wyrzucił Wałęsie, że zmarnował szansę na zmianę Polski w kraj kapitalistyczny.
Zmarł 27 września 1991 roku. Przed odejściem opanowały go myśli, że zmarnował życie. Bolało go, że napisał mało muzyki, którą kochał, że nie skończył jeszcze paru książek i że strwonił czas na mało ważne felietony. Jednak to Jerzy Giedroyc wyraził się kiedyś o Kisielu, że był znakomitym felietonistą, a słabym powieściopisarzem". I takim go chyba zapamiętano po dziś dzień. Dziś wszyscy pamiętają, że Stefan Kisielewski był przede wszystkim genialnym publicystą, który uwielbiał się nie zgadzać, i z którym dziś bardzo wielu może się nie zgadzać. Z przeróżnymi pomysłami na pograniczu herezji wyskakiwał przecież bez przerwy. Lecz jednemu nie można zaprzeczyć. W obecnej Polsce nie ma już felietonisty, który byłby w stanie dorównać mu talentem. Jest wielu znakomitych jak Stanisław Michalkiewicz ale Kisiel już się nie powtórzy. To tylko religie wschodu wierzą w reinkarnację. My wszyscy możemy tylko sięgać po to co już powstało. Historia na szczęście pozwoliła nam czytać to co zachowało się po Kisielu. To tylko egipskie papirusy rozsypują się w proch.
Tomasz Brzustowski